Że chcę mieć dzieci wiedziałam od zawsze. Marzyła mi się dwójka albo i trójka. Zawsze też wydawało mi się, że doskonale się w macierzyństwie odnajdę. W ciągu tych czterech ponad lat jak to bywa były lepsze i gorsze momenty- z przewagą tych lepszych, tych cudownych buziaków,słodkich przytulasów, z radością oczekiwania na pierwsze słowa, kroki, z dumą z osiągnięć i wszystkim tym, co czuje matka patrząc na swoje dziecko.
Ale kiedy przychodzi kolejny taki dzień jak dziś zaczynam wątpić w siebie i jedyne co mi plącze się w głowie to- matko poniosłaś porażkę. Wszędzie widzę uśmiechnięte dzieci, słyszę, że coś takiego jak bunt u dziecka nie istnieje, a dzieci innych mam są "grzeczne"- nieznoszę tego słowa! I wtedy zastanawiam się, gdzie popełniłam błąd? Bo zdaje mi się, że tylko moje dziecko udaje, że nie słyszy, że tylko moje dziecko na wszystkie moje prośby odpowiada- nie i koniec, że tylko moje dziecko płacze średnio 3 razy w ciągu godziny z błahych dla mnie powodów, że tylko moje dziecko prowadzi strajk głodowy i postanowiło dobitnie mi pokazać, że żadne reguły nie mają u nas racji bytu.
I chociaż wiem, że tylko spokój i opanowanie i konsekwencja i tłumaczenie są wyjściem z sytuacji to ciężko mi bo bardziej zła nie wiem sama na kogo jestem? Na niego- że wystawia moją cierpliwość na próbę i toczy jakąś wojnę podjazdową? Czy na siebie- bo skoro dziecko tak się zachowuje to nie wina jego a wina rodziców, bo mam ochotę krzyknąç i czasem to robię, bo złośç mną targa? I tak się z tym miotam. I zachodzę w głowę- kocham go nad życie i często mu to powtarzam, poświęcam swój czas, tłumaczę- więc skąd się biorą te złośliwości w tym małym człowieczku? I jeszcze gdy z telewizji i internetu wołają do mnie matki co ich macierzyństwo tylko słodkim lukrem oblane, dzieci zawsze uśmiechnięte, polecenia wykonują, nigdy nie tupią i się nie buntują to mam poczucie klęski. Zastanawiam się co jest tego przyczyną? Bo chyba nie brak uwagi i miłości? Bo chyba nie brak akceptacji? Może to temperament moich dzieci? Aż boję się pomyśleć co będzie później-gdy dzieci starsze będą. Pozostaje mieć nadzieję, że to chwilowy kryzys i uzbroić się w cierpliwość i konsekwencje i okazywać tylko miłość.
Czasem mam ochotę odpuścić ale przecież jakieś reguły muszą być, dzieci potrzebują granic by czuć się bezpieczne. My dorośli też pewniej czujemy się gdy mamy jasno powiedzane czego się od nas oczekuje. Właśnie... Z drugiej strony dlaczego wciąż mamy czegoś od dzieci oczekiwać, wymagać? Może powinniśmy dać im jak najwięcej swobody? Może sami prowokujemy ich złe zachowania bo czują się stłamszeni gdy wciąż słyszą - nie wolno, nie rób, nie ruszaj?
Nie chcę by moje dziecko bezmyślnie się podporządkowywało wszystkim nakazom i zakazom- chce tylko nauczyć je odróżniać dobro od złego i by mając wybór moje dziecko zawsze kierowało się tym pierwszym. Niby nic trudnego ale rzeczywistość pokazuje, że to kawał ciężkiej roboty i długa droga przed nami.
Moja FifiZofia- moje spojrzenie na macierzyństwo- wbrew pozorom nie takie proste i oczywiste
środa, 14 maja 2014
sobota, 10 maja 2014
Smok.
Nadszedł Ten dzień. Wreszcie się odważyłam.Chyba bardziej się bałam tego dnia niż było warto. Przecież był z nami a raczej z nią od początku, od prawie 12 miesięcy. Pomagał gdy było źle. Koił łzy. Był na dzień dobry i dobranoc. Ale komu bardziej był potrzebny-Jej czy mnie?
Wczoraj, tak zwyczajnie, nie wzięłyśmy go na spacer. I nic się nie stało. Minął dzień. Wieczór. Dziś kolejny dzień. I kolejny wieczór. Sen Ją zmożył. Przebudziła się i słyszę ten straszny płacz. Biegnę do niej, włączam kołysankę, tulę w ramionach. W głowie mam tylko- może dam Go jej, niech tylko przestanie płakać... Ale mija chwila i płacz milknie, a Ona słodko usypia...
Żegnaj smoczku!
Wczoraj, tak zwyczajnie, nie wzięłyśmy go na spacer. I nic się nie stało. Minął dzień. Wieczór. Dziś kolejny dzień. I kolejny wieczór. Sen Ją zmożył. Przebudziła się i słyszę ten straszny płacz. Biegnę do niej, włączam kołysankę, tulę w ramionach. W głowie mam tylko- może dam Go jej, niech tylko przestanie płakać... Ale mija chwila i płacz milknie, a Ona słodko usypia...
Żegnaj smoczku!
środa, 7 maja 2014
Ja
Czasem - szczególnie nocą kiedy nie mogę usnąć-dużo rozmyślam... O tym co robię, gdzie jestem, jakich wyborów dokonałam, ile razy się poddałam już na starcie uparcie twierdząc, że to nie dla mnie i ile jeszcze bym chciała zrobić ale wciąż się boje...
Czasem rozmyślam jak inaczej mogło się ułożyć życie, że może czasem warto podjąć ryzyko, że raz się żyje... Rozmyślam o tym co jeszcze życie chowa dla mnie w rękawie- ile razy słońce a ile zimny deszcz... Lubię układać scenariusze, choć przecież z tych planów ktoś tam w górze drwi... Wiele marudze, często narzekam i nie doceniam tego, co mam.
Złości mnie mało, wiele śmieszy, często się wzruszam. Lubię jeść. Nie lubię czekać. Słomiany zapał powinnam się nazywać. Kocham miusicale. Często usypiam na filmach.
Brak mi tej wiary, że mogę wszystko i często gubi mnie strach.
Pesymizmem mogę handlować i gratis na kilogramy sprzedawać zwątpienie.
Ale wciąż uczę się siebie. Niczego staram się nie żałować. Nie rozdrapywać zabliźnionych ran.
Jednego jestem pewna- WSZYSTKO CO W ŻYCIU WAŻNE JUŻ MAM.
Czasem rozmyślam jak inaczej mogło się ułożyć życie, że może czasem warto podjąć ryzyko, że raz się żyje... Rozmyślam o tym co jeszcze życie chowa dla mnie w rękawie- ile razy słońce a ile zimny deszcz... Lubię układać scenariusze, choć przecież z tych planów ktoś tam w górze drwi... Wiele marudze, często narzekam i nie doceniam tego, co mam.
Złości mnie mało, wiele śmieszy, często się wzruszam. Lubię jeść. Nie lubię czekać. Słomiany zapał powinnam się nazywać. Kocham miusicale. Często usypiam na filmach.
Brak mi tej wiary, że mogę wszystko i często gubi mnie strach.
Pesymizmem mogę handlować i gratis na kilogramy sprzedawać zwątpienie.
Ale wciąż uczę się siebie. Niczego staram się nie żałować. Nie rozdrapywać zabliźnionych ran.
Jednego jestem pewna- WSZYSTKO CO W ŻYCIU WAŻNE JUŻ MAM.
czwartek, 20 marca 2014
Placowa rzeczywistość...
I nastała wiosna... I wypełzły dzieciary na place zabaw... A z nimi mamy w szpilkach do piaskownicy, tatusiowie na zjeżdżalniach jak za karę, babcie co na ławeczkach siedzą i udają, że przyszły tu same a nie z wnuczkiem, co mi po oczach piachem daje albo prosi, żeby pomóc mu na drabinkę się wspiąć, bo babcia zbyt zajęta... Nie jestem mamą idealną... Święta też nie jestem i zdarza mi się na Filipa złościć, nawet krzyknąć i za rękę z placu siłą wyprowadzić, gdy prośby skutku nie przynoszą. Generalnie staram się zbyt w zabawy jego nie ingereować, ale stoję i obserwuję, a gdy widzę, że się robi groźnie, że przepycha się w kolejce na zjeżdżalnie to interweniuję. Gdy prosi o pomoc w wejściu na drabinkę-pomagam, gdy próbuje nowych rzeczy-czuwam. Ale czasem mam wrażenie, że jak jakiś kapo jedyną matką jestem co dziecku swemu zwraca uwage, gdy próbuje dzieci na placu zabaw pod swoje dyktando ustawiać. Właściwie, to mam założenie, że póki nic bardzo poważnego się nie dzieje, to nie należy wkraczać między dziecięce sprzeczki, bo dzieci jak dzieci- kłócą się by za chwilę jak gdyby nigdy nic się bawić. Tylko dorośli mają skłonność do pamiętliwości. Ale skoro już na ten plac zabaw wkroczyłam i skoro przyszło nam go z innymi milusińskimi dzielić, to jako rodzic poczuwam się do odpowiedzialności za moje dziecko.
Więc tak- zwracam uwagę, gdy kijem macha, tak- zwracam uwagę gdy piachem chce sypać, tak- pomagam mu gdy rady nie daje i chce nauczyć się nowego. Nie udaję, że to nie moje dziecko. Nie udaję, że nie słyszę gdy mnie woła. Nie udaję, że nie widzę wybryków. Nie krzyczę- dziecko czy Ty mądre jesteś? Obcym dzieciom uwagi nie zwracam bo to nie moja rola. No chyba, że mojemu dziecku krzywdę wyrządzić mogą. Ale irytuje mnie, gdy siedmiolatek blokuje zjeżdżalnie i młodszych dzieci nie chce wpuścić, a tata jego spokojnie patrzy i udaje, że to nie jego dziecko.
Może jestem trochę nadgorliwa, przewrażliwiona, ale kto jak nie ja ma czuwać nad moim dzieckiem? Kto jak nie ja ma mu pokazać jak tor przeszkód pokonać? Kto jak nie ja ma mówić co dobra a co złe? A może się mylę...?
Więc tak- zwracam uwagę, gdy kijem macha, tak- zwracam uwagę gdy piachem chce sypać, tak- pomagam mu gdy rady nie daje i chce nauczyć się nowego. Nie udaję, że to nie moje dziecko. Nie udaję, że nie słyszę gdy mnie woła. Nie udaję, że nie widzę wybryków. Nie krzyczę- dziecko czy Ty mądre jesteś? Obcym dzieciom uwagi nie zwracam bo to nie moja rola. No chyba, że mojemu dziecku krzywdę wyrządzić mogą. Ale irytuje mnie, gdy siedmiolatek blokuje zjeżdżalnie i młodszych dzieci nie chce wpuścić, a tata jego spokojnie patrzy i udaje, że to nie jego dziecko.
Może jestem trochę nadgorliwa, przewrażliwiona, ale kto jak nie ja ma czuwać nad moim dzieckiem? Kto jak nie ja ma mu pokazać jak tor przeszkód pokonać? Kto jak nie ja ma mówić co dobra a co złe? A może się mylę...?
środa, 26 lutego 2014
Jaki jest czterolatek...
No więc dziś Fifi skończył cztery lata. Strasznie szybko upłynął ten czas. 26 lutego 2010 roku o godzinie 7:05 pojawił się na świecie. Taki malutki i bezbronny. A dziś zagadałby nas na śmierć gdyby mógł. Jest bystry i inteligentny. Ma świetną pamięć. Uwielbia liczyć, zna się na markach samochodów i to na takich o których niejeden facet pewnie nie słyszał. Do stu liczy bez problemu a i dalej to dla niego żaden kłopot. Potrafi czytać trzycyfrowe liczby, zna wszystkie litery alfabetu i potrafi czytać proste wyrazy a czasem nawet uda mu się samemu coś "napisać" przy pomocy literek magnetycznych na lodówce- ostatnio Cypr. Przed snem lubi oglądać atlas z mapami i wie jakie są kontynenty, ile jest państw w Europie i Azji. Umie wymienić sąsiadów Polski i bez problemu wymienia państwa i stolice w świecie. Rozpoznaje flagi, wie gdzie ciągną się Himalaje. Zna planety w układzie słonecznym i kolory w języku angielskim. Rośnie mi mały geograf i matematyk w jednej osobie. A to wszystko tak sam z siebie, bez ciśnienia z naszej strony. On pyta, my odpowiadamy, tłumaczymy, wyjaśniamy, on zapamiętuje i nas zaskakuje. Uwielbia płatki na śniadanie. Nie lubi długo spać nad czym ja ubolewam, bo nie znoszę wstawać przed siódmą. Ma dobry słuch muzyczny i lubi sobie nucić. Rysowanie i kolorowanie go nudzi. Uwielbia żeby mu czytać przed snem i twierdzi, że bez czytania nie uśnie. Ma świetną wyobraźnie i wymyśla swoje historie. Nie lubi jajek i cytrusów. Na placu zabaw uwielbia zjeżdżalnie. Przez ten rok stał się bardzo samodzielny i wiele rzeczy robi sam- ubiera się, rozbiera. Uwielbia układać puzzle i jest w tym naprawdę dobry- bez problemu potrafi ułożyć obrazek składający się ze stu puzzli. Co dzień nas czymś zaskakuje. I mówi, że w przyszłości będzie górnikiem i kierowcą formuły 1 a jego marzenie to pojechać do Japonii- ostatnio oświadczył nam, że pojedzie tam 1 kwietnia- lepszej daty nie mógł wybrać... Taki to mój czterolatek właśnie jest. Mam nadzieję, że tej pasji i chęci poznawania świata wystarczy mu na wiele lat. Życzę mu tego oraz by w życiu robił to co kocha i zawsze podążał za marzeniami...
wtorek, 25 lutego 2014
Upływa czas...
Cztery lata temu leżałam na porodówce i zaczynało się... Pojawiały się pierwsze odczuwalne już wyraźnie skurcze... Był strach, radość, że to już i lęk czy dam radę... Była ekscytacja, że jeszcze trochę i wreszcie będę widziała swoje dziecko... Wymarzone, wyczekane, upragnione.... Był ból, były łzy i wreszcie miała być nieopisana, niewypowiedziana radość...
wtorek, 14 stycznia 2014
Nowe.
Czas leci nieubłaganie szybko... Nim się ogarnęłam zastała mnie polowa stycznia... Mam nadzieję, ze to będzie dobry rok. Inaczej być nie może. Nie robię noworocznych postanowień... U mnie się nie sprawdzają. Wole żyć chwilą a czas przyniesie i tak to co nieoczekiwane. Zamknęliśmy drzwi za 2013 rokiem a to był dobry rok. Pojawiła się Zosia, Filip poszedł do przedszkola i bardziej się usamodzielnił... A co nam przyniesie Nowy Rok w który wkroczyliśmy? Mam nadzieję, że prócz zmiany przedniej cyfry w moim wieku wiele dobroci i radości. ..
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)